Jantar – oznacza niby kolację... ale nie w naszym wyobrażeniu. Jantar to tak naprawdę ogromy obiad, który wypełnia brzuszek w taki sposób, że w sumie nie trzeba mu śniadania, które tutaj zwie się bardzo ciekawie, bo jest to café de manhã (dosłownie znaczy poranna kawa). Czyżby Brazylijczycy na śniadanie pili tylko kawę? W praktyce wygląda to bardzo różnie, czasem nic się nie je, czasem jest to jakieś ciastko. Najważniejsze jest, że nie przykładają do śniadania szczególnej wagi. Wybitnie wbrew zaleceniom dietetyków! Staram się, jeść mniej więcej jak oni, bo nie da się inaczej, gdyż zwykle jantar są naprawdę pysznymi posiłkami i nie sposób się im oprzeć. W przeciągu ostatniego tygodnia odbyło się kilka takich wielkich jantar. Ale już wszelkie rekordy pobiła jantar w ostatnią sobotę, kiedy to obudziłam się i od razu dostałam propozycję udania się na plaże. Powiedzieli, że już wychodzimy więc ruszyłam nieśpiesznym krokiem do łazienki, gdyż „już wychodzimy” oznacza przynajmniej 1 godzinę czasu. Już od dawna marzyło mi się takie prawdziwe plażowanie: rozłożenie się na ręczniku, nasmarowanie kremem i smażenie na słoneczku, od czasu do czasu wskoczenie do słonego oceanu i znów smażenie i przekąszanie w między czasie słodkiego winogrona. Brzmi fajnie prawda? Fakt, że plaże już widziałam i nawet dużo po nich spacerowałam, ale plażowania nie było!
W końcu ruszyliśmy, znów wciśnięci w 7 osób w jedno auto. Jechaliśmy dość długo, miałam nadzieję na jakąś nową, nieznaną mi plażę. Jednakże okazało się, że w naszej podróży jest przystanek. Zatrzymaliśmy się koło jakiegoś basenu i okazało się, że zostajemy tutaj przez jakiś czas…gdyż dla Brazylijczyków jest za gorąco, żeby iść na plaże, a tutaj są parasole… przynajmniej tak zrozumiałam z tego co mówili. Już pod skórnie czułam, ze raczej plaża się nie wydarzy, gdyż pewnie nie będzie się nikomu chciało przemieszczać na plażę… Miałam zresztą rację…tylko ja i Regina chciałyśmy iść ale byłyśmy w mniejszości. Czas upływał na leżakowaniu i pływaniu w basenie…oraz przysłuchiwaniu się niekończącemu się trajkotowi Brazylijczyków, którzy jakby tak z boku popatrzeć, potrafią rozmawiać o wszystkimi i cieszyć się ze wszystkiego.
W końcu dzień miał się ku zmrokowi więc udaliśmy się do willi Luisa, wybudowanej przez jego rodziców wraz z kompleksem domków wypoczynkowych, które obecnie wynajmują turystom. Dom bardzo ładny, widać było rękę architekta, wszystko bardzo stylowe, w drewnie. Położony był na wzgórzu więc dodatkowym efektem był piękny widok.
Widok z wilii Luisa.
Tutaj zaczyna się najlepsza część dnia… Jantar! Ale musieliśmy się naczekać. W menu były pizze, a dokładnie 8 pizz…mniam… Co prawda zrobienie ich zajęło kolegom strasznie dużo czasu, ale warto było czekać. Ciasto wyrabiał, chłopak, którego mama posiada własną pizzerię i znał się na rzeczy!
Kuchmistrz!
Pizze były przeróżne: z pomidorami, z bakłażanem, z porem, z innymi warzywkami, których nazw teraz nie pamiętam…wszystko przyprószone serem i oregano…Gotowanie i konsumpcja zajęła nam chyba około 5 godzin od 21.00 do 02.00, bo każda pizza robiła się minimum 30 minut.
Pizza się robi....
Konsumpcja zakończona!
Po konsumpcji nastąpił deser… ale nie chcę już o tym wspominać, bo byłam taka pełna pizzy i sama nie wiem jak zjadłam to ciasto czekoladowe…
Ekipa zmywająca:)
Potem już wszyscy tylko leniuchowali na kanapach, śmiali się rozmawiali.
Relaks po dobrym posiłku!
Drugim jantar jaki się odbył, był posiłek przygotowany przez rodowitego Brytyjczyka – Roba. Chyba o nim jeszcze nie wspominała. Przyjechał on do Brazylii, aby stworzyć komiks o swoich przygodach tutaj. Ma talent do rysunku, widziałam jego szkice..nawet jestem na kilku narysowana. Niestety odkąd zamieszkał w naszym domu, ja zaczęłam pracę…codziennie… więc nie przebywam z nim za dużo..nie będę więc gwiazdą komiksu.. no trudno:P Rob gotował w domu znajomych naszych hostów z Republiki. Przygotował całkiem zdrowe danie jak na brytyjskie żarcie: w foremce włożone mięso mielone(druga wersja z rybą), usmażone z marchewką, cebulą itd. Na to piure ziemniaczane i wszystko zapieczone w piekarniku.
Rob dogląda posiłku.
Wszystko skonsumowane popijając, bardzo zimne, wręcz zmrożone piwo. Brazylijczycy nie dopuszczają możliwości by pić piwo w temperaturze pokojowej, nie mówiąc już o wyższych temperaturach. Krzywią się na samo wspomnienie o takiej możliwości! Mówią zresztą, że ich piwo jest tak niedobre, że nie można pić go inaczej, bo wtedy za bardzo czuć smak.
Piwo zdolne do spożycia tylko zmrożone!
Głodomory:P
A tak to wygląda na talerzu:P
Jantar kończy się oczywiście na kanapach przy dźwięku śmiechu i wygłupów…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz