Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 22 lutego 2011

Cały świat w jednym pokoju!



„Cały świat idzie… "

„Cały świat tam był…"

„Cały świat tak robi…"

Takie zdania słyszałam mnóstwo razy. „Cały świat” pojawiał się w zdaniach Brazylijczyków tak często, że po pewnym czasie zaczęłam podejrzewać, że coś tu jest nie tak! Na początku myślałam, że Brazylijczycy to ludzie, którzy po prostu bardzo lubią omawiać sprawy całego świata, że jest to tu bardzo popularny temat. Jednak na szczęście pewnego razu, mieliśmy wyjść by zjeść coś na mieście, kolega zadzwonił do znajomej by namówić ją by dołączyła do nas, nagle gdy w jego wypowiedzi pojawiło się to popularne wyrażenie:

- (..)Sim, vai conosco! Todo mundo vai! (Tak, chodź z nami! Cały świat idzie!) - cały świat??? przecież idą tylko osoby, które teraz są w dużym pokoju...hmm...czyżbyśmy byli całym światem??? I nagle zostałam oświecona! „Todo mundo” znaczy więc „wszyscy”!!! Czyli kolega mówił, że my wszyscy idziemy na miasto coś zjeść, czyli wszyscy ludzie, którzy byli w tamtym momencie w pokoju. Nie rozumiem czemu nie może być po prostu „todos” (wszyscy)… no ale „todo mundo” jest w sumie ciekawszym wyrażeniem:P


Innym pojawiającym się dziwnym wyrażeniem jest „a gente”[czyt. żenci]. „Gente” znaczy ludzie, ale wyraz ten jest używany bardzo często i często w bardzo dziwnych kontekstach. Na przykład w pracy zrobiłyśmy razem z koleżanką prezentację naszego projektu, następnie kiedy przyszedł nasz przełożony, koleżanka Brazylijka zaczęła mu tłumaczyć:

-A gente fez esta apresentação... (Ludzie zrobili tę prezentację...)

Pamiętam, że siedziałam i zadumałam się nad tym, bo czemu ona mówi, że jacyś ludzie zrobili prezentację, kiedy to my zrobiłyśmy ją razem!!! Okazało się, że choć „gente” rzeczywiście znaczy ludzie, to poprzez dodanie „a”, czyli „a gente” otrzymujemy wyrażenie oznaczające „my” w sposób nieformalny, gdyż normalnie „my” po portugalsku to „nós”. Więc jednak koleżanka powiedziała, że to my zrobiłyśmy tę prezentację...

Brazylijczycy lubią mówić:

"Cara!" – dosłownie “twarz”, ale używana jako zaczepka odnosząca się do znajomych, to tak jak po angielsku "Men"
"Velho!"-„stary” lub razem „Cara velha!!!” - czy powinnam to przetłumaczyć jako "Stara twarz"?? Po polsku brzmi trochę indiańsko!!! Raczej będzie to znaczyć "hej stary!!!".

albo

"Porra!" [czyt. pohha] – to przekleństwo, ale bardzo często używane, dla mnie coś w znaczeniu polskiego „kurde”.

„Nossa!" - „wow”(łał), wyraz używany też przy wszelkiego rodzaju zachwytów i zdziwień, czasem westchnień.

„Que legal”- „ale fajne” albo po prostu „legal” – „fajne” – używane nagminnie!!!

„É ruim!” [czyt. e huim] – coś jest złe, niefajne, beznadziejne

“Alô” – “halo”


Inne ciekawe wyrazy, które ostatnio usłyszałam:
Pipa – latawiec

Cola [czyt. kola] – klej

Bonitino, fofino – ślicznutki, fajniutki

Wyrazy, które są podobne ale znaczą coś zupełnie innego:

PREGUÇOSO [czyt. pregusosu) – leniwy, 
PERIGOSO [czyt. perigosu] – niebezpieczny
Chuchu

QUADRO – obraz, 
QUATRO – pokój, 
QUARTO – cztery 

CANTAR – śpiewać, 
CONTAR – liczyć, 
CONTER - zawierać

XIXI [czyt. sziszi] – siku, 
CHUCHU [czyt. szuszu] - to bardzo popularny owoc tutaj, ale w Polsce raczej nie znany (kolczoch jadalny).

Nauka języka to jednak wyzwanie!

czwartek, 17 lutego 2011

Z Praia Mole do Barra da Lagoa

To miał być dzień lenistwa! Po ciężko przepracowanym tygodniu miałam marzenie, by udać się na plażę i poleżeć bykiem. Rozpropagowałam więc idee wśród moich brazylijskich znajomych oraz innych praktykantów, żeby udać się na plaże o 11.00. Kilka osób powiedziało, że przyjdzie, ale tak jak się spodziewałam większość nie dała rady wstać na tę drakońsko wczesną porę.  Na szczęście chociaż Arek dał radęJ Udaliśmy się więc w dwójkę na plażę Mole, następnie plan był taki, żeby przejść na następną plażę, która znajdowała się bardziej na północy. Wiedzieliśmy, że czeka nas więc trochę marszu, ale cały dzień był przecież przed nami.

autor: Arkadiusz Janicki
Sprzedawczyni kolorowych chust reklamuje towar.

autor: Arkadiusz Janicki
Napis na fladze znaczy, że ocean jest w tym miejscu niebezpieczny.

autor: Arkadiusz Janicki

autor: Arkadiusz Janicki
Ulubiony krój bikini w Brazylii!!!

Po krótkim leżakowaniu, ruszyliśmy w drogę wzdłuż wybrzeża, które doprowadziło nas do skałek, które naturalnie strzegły dostępu do następnej plaży - nudystów jak się zresztą okazało! Plaża była jednak dość pusta, sporadycznie gdzieś w głębi plaży byli pojedynczy ludzie, ale wcale niestylizowani na nudystów…bo mieli na sobie za dużo ubrań. Dopiero przy końcu plaży, tuż przy następnych skałkach znaleźliśmy tych odważnych i to samych mężczyzn!!!

autor: Arkadiusz Janicki
Nieliczni nudyści.

Kontynuowaliśmy dalej wędrówkę, próbując przedostać się po owych skałkach na następną plażę, okazało się to jednak zbyt trudne, skałki kończyły się na oceanie i nie było widać przejścia. Wśród tych skałek spotkaliśmy też kilku golasów, którzy dyskretnie usuwali się nam z drogi.

autor: Arkadiusz Janicki
Stojący sposób opalania przeważał!!!

Musieliśmy więc zawrócić i popytać o trasę. Dostaliśmy informację, że gdzieś jest jakaś ścieżka, że jest dość wyczerpująca bo idzie się sporo pod górę. Ale co to dla nas! Po wstępnym błądzeniu udało się odnaleźć tajemniczą ścieżkę, która poprowadziła nas w głąb buszu. Szliśmy coraz wyżej i w coraz większej gęstwinie. Od czasu do czasu, gdy natura się przerzedzała mogliśmy ujrzeć piękny widok na plaże i ocean. 

autor: Arkadiusz Janicki

Dotarliśmy na szczyt góry i zaczęliśmy schodzić w dół, ale kolejnej plaży nie było widać. W końcu ukazał nam się widok na zurbanizowaną część wyspy, więc trochę się zmartwiliśmy, że nie tutaj chcieliśmy wylądować.

Pobłądziliśmy trochę, ale zawsze pomocni tubylcy udzielili nam informacji. Szkoda tylko, że każda z 3 zapytanych osób udzieliła trochę innych. Musieliśmy bowiem przejść przez rzekę. Widzieliśmy, że plaża jest po drugiej stronie a wiedzieliśmy rzekę jeszcze schodząc z góry. Pan poinformował, że możemy przejść przez rzekę idąc pewną konkretną ulicą w dół, następnie pani zaprzeczyła tej informacji i poinformowała, że jedynie idąc w przeciwnym kierunku dotrzemy do mostu, którym przejdziemy na drugą stronę, ostatni pan powiedział, że możemy przekroczyć rzekę, idąc tą pierwszą ulicą i przechodząc w pław przez wodę! Powiedział jednak, że damy radę ( mieliśmy przecież torby a w nich portfele i aparaty). Gdy dotarliśmy do rzeki okazało się, że dno wydaje się dość głębokie, szczególnie zważywszy na fakt, że stacjonowało w niej kilka statków i to dość dużych. Potem dowiedzieliśmy się, że ma 3m głębokości…

autor: Arkadiusz Janicki
Widok na rzeczkę:P

Udało się jakimś cudem przekroczyć tą małą rzeczkę (w koncu znalezlsmy most o ktorym mowla pani) i powędrowaliśmy dalej. Niestety zaczęło padać i trochę podupadliśmy na duchu, ale nie poddaliśmy się kroczyliśmy dalej…. trochę dłużej niż myślałam, albo może już byliśmy znużeni tym wędrowaniem., ale dotarliśmy do naszego celu!!! Barra da Lagoa ukazała się naszym oczom! Zaliczyłam nawet dwie kąpiele, a Arek konsumpcję açai, czyli lokalnego przysmaku, zrobionego z tajemniczych owoców nawet dla samych Brazylijczyków, bo nigdzie (przynajmniej w tym regionie gdzie ja jestem) nie można kupić zwykłego owocu, a jedynie przetworzony mus w woreczkach.*

Arek konsumuje açai.

Niestety nasi znajomi, którzy mieli być na tej plaży, gdyż brali tutaj udział w lekcjach surfingu, gdzieś się ulotnili. Znajomi z Brazylii, też tu mieli być, ale po wykonanym telefonie okazało się, że są na innej plaży i wracają do domu. Trudno! 

autor: Arkadiusz Janicki

Plaża choć pochmurna była piękna i właśnie taka melancholijna trochę i poważna, gdy się patrzyło w kierunku oceanu, a gdy się patrzyło w stronę lądu, widział się radosnych ludzi, grupy grające sporty plażowe, sklepiki i knajpki – dużo ruchy i koloru, co tworzyło ciekawy kontrast.

autor: Arkadiusz Janicki
Ocean Atlantycki!

Wróciliśmy gdzieś koło 19.00, byłam bardzo zmęczona… leniuchowanie nie wyszło za bardzo… ale na to jeszcze na pewno przyjdzie czas J

autor: Arkadiusz Janicki
Zmęczeni ale zadowoleni!

Po powrocie do domu okazało się, że u znajomych odbywa się uczta własnoręcznie przygotowywanego sushi … dzień więc nie skończył się tak szybko…J

Ususzone zielone liście obkleja się ugotowanym ryżem, na środek kładzie się różne rzeczy: kawałek ryby (np. łosoś) lub np. krewetka + ogórek + serek topiony, następnie roluje przy pomocy specjalnych podkładek zrobionych patyczków...

Zrolowane sushi zostaje pokrojone na małe kawałeczki i voila!

*Açai – to bardzo popularny deser, serwowany albo jako napój, albo jako gęsty sos. Do obu wersji można dodać inne owoce np. banany, zmiksowane albo tylko polane açai lub posypane musli. Najczęściej podawnae bardzo zmrożone – super smaczne!

Informacje jakie udało mi się znaleźć na temat tej ciekawej rośliny:
Açai - Naukowo :  (Eutrepe Olereacea / Jagoda Palmy Brazylijskiej). Owoc jest mały, okrągły, kolor purpurowy. Wygląda jak winogrono, ale jest bardziej małe i bardziej ciemne. Ma duże nasienie i bardzo mały miąższ. 
Açai szeroko używany jest w napojach energetycznych i lodach głównie w Brazylii. Açai rośnie na mokrych nizinnych terenach Amazonki.
Jest smukłą wielo-łodygową rośliną, produkującą ciemne fioletowe okrągłe jagody. Są to bardziej nasiona niż jagody. Każde drzewo wypuszcza 3-4 łodyg, na każdej łodydze znajduje się od 3 do 6 kilogramów owoców. Zbiera się je od lipca do grudnia. Açai jest postrzegana jako “doskonały owoc natury”. Od tysięcy lat używany przez Brazylijczyków dzięki swoim własnościom leczniczym i odżywczym. Uznany jako jeden z najlepszych produktów przeciw starzeniu. Tradycyjnie Açai działa następująco: wzmacnia odporność, poprawia apetyt, poprawia koncentracje, reguluje poziom cholesterolu, poprawia sen, wzmacnia system odpornościowy, wspiera układ krążenia, oczyszcza organizm z toksyn oraz poprawia sprawność seksualną. Açai zawiera: Witaminy b1, b2, b3, Witaminę E, Witaminę C, Fofor, Wapno, Potas, Błonnik, Proteiny, Żelazo oraz kwasy tłuszczowe Omega 6 i Omega 9.1

piątek, 11 lutego 2011

Jantar - kolacja gigant

Jantar – oznacza niby kolację... ale nie w naszym wyobrażeniu. Jantar to tak naprawdę ogromy obiad, który wypełnia brzuszek w taki sposób, że w sumie nie trzeba mu śniadania, które tutaj zwie się bardzo ciekawie, bo jest to café de manhã (dosłownie znaczy poranna kawa). Czyżby Brazylijczycy na śniadanie pili tylko kawę? W praktyce wygląda to bardzo różnie, czasem nic się nie je, czasem jest to jakieś ciastko. Najważniejsze jest, że nie przykładają do śniadania szczególnej wagi. Wybitnie wbrew zaleceniom dietetyków! Staram się, jeść mniej więcej jak oni, bo nie da się inaczej, gdyż zwykle jantar są naprawdę pysznymi posiłkami i nie sposób się im oprzeć. W przeciągu ostatniego tygodnia odbyło się kilka takich wielkich jantar. Ale już wszelkie rekordy pobiła jantar w ostatnią sobotę, kiedy to obudziłam się i od razu dostałam propozycję udania się na plaże. Powiedzieli, że już wychodzimy więc ruszyłam nieśpiesznym krokiem do łazienki, gdyż „już wychodzimy” oznacza przynajmniej 1 godzinę czasu. Już od dawna marzyło mi się takie prawdziwe plażowanie: rozłożenie się na ręczniku, nasmarowanie kremem i smażenie na słoneczku, od czasu do czasu wskoczenie do słonego oceanu i znów smażenie i przekąszanie w między czasie słodkiego winogrona. Brzmi fajnie prawda? Fakt, że plaże już widziałam i nawet dużo po nich spacerowałam, ale plażowania nie było! 

W końcu ruszyliśmy, znów wciśnięci w 7 osób w jedno auto. Jechaliśmy dość długo, miałam nadzieję na jakąś nową, nieznaną mi plażę. Jednakże okazało się, że w naszej podróży jest przystanek. Zatrzymaliśmy się koło jakiegoś basenu i okazało się, że zostajemy tutaj przez jakiś czas…gdyż dla Brazylijczyków jest za gorąco, żeby iść na plaże, a tutaj są parasole… przynajmniej tak zrozumiałam z tego co mówili. Już pod skórnie czułam, ze raczej plaża się nie wydarzy, gdyż pewnie nie będzie się nikomu chciało przemieszczać na plażę… Miałam zresztą rację…tylko ja i Regina chciałyśmy iść ale byłyśmy w mniejszości. Czas upływał na leżakowaniu i pływaniu w basenie…oraz przysłuchiwaniu się niekończącemu się trajkotowi Brazylijczyków, którzy jakby tak z boku popatrzeć, potrafią rozmawiać o wszystkimi i cieszyć się ze wszystkiego.


 W końcu dzień miał się ku zmrokowi więc udaliśmy się do willi Luisa, wybudowanej przez jego rodziców wraz z kompleksem domków wypoczynkowych, które obecnie wynajmują turystom. Dom bardzo ładny, widać było rękę architekta, wszystko bardzo stylowe, w drewnie. Położony był na wzgórzu więc dodatkowym efektem był piękny widok. 
Widok z wilii Luisa.


Tutaj zaczyna się najlepsza część dnia… Jantar! Ale musieliśmy się naczekać. W menu były pizze, a dokładnie 8 pizz…mniam… Co prawda zrobienie ich zajęło kolegom strasznie dużo czasu, ale warto było czekać. Ciasto wyrabiał, chłopak, którego mama posiada własną pizzerię i znał się na rzeczy! 

Kuchmistrz!

Pizze były przeróżne: z pomidorami, z bakłażanem, z porem, z innymi warzywkami, których nazw teraz nie pamiętam…wszystko przyprószone serem i oregano…Gotowanie i konsumpcja zajęła nam chyba około 5 godzin od 21.00 do 02.00, bo każda pizza robiła się minimum 30 minut. 

Pizza się robi....

Konsumpcja zakończona!

Po konsumpcji nastąpił deser… ale nie chcę już o tym wspominać, bo byłam taka pełna pizzy i sama nie wiem jak zjadłam to ciasto czekoladowe… 

Ekipa zmywająca:)

Potem już wszyscy tylko leniuchowali na kanapach, śmiali się rozmawiali. 

Relaks po dobrym posiłku!


Drugim jantar jaki się odbył, był posiłek przygotowany przez rodowitego Brytyjczyka – Roba. Chyba o nim jeszcze nie wspominała. Przyjechał on do Brazylii, aby stworzyć komiks o swoich przygodach tutaj. Ma talent do rysunku, widziałam jego szkice..nawet jestem na kilku narysowana. Niestety odkąd zamieszkał w naszym domu, ja zaczęłam pracę…codziennie… więc nie przebywam z nim za dużo..nie będę więc gwiazdą komiksu.. no trudno:P Rob gotował w domu znajomych naszych hostów z Republiki. Przygotował całkiem zdrowe danie jak na brytyjskie żarcie: w foremce włożone mięso mielone(druga wersja z rybą), usmażone z marchewką, cebulą itd. Na to piure ziemniaczane i wszystko zapieczone w piekarniku. 

Rob dogląda posiłku.


Wszystko skonsumowane popijając, bardzo zimne, wręcz zmrożone piwo. Brazylijczycy nie dopuszczają możliwości by pić piwo w temperaturze pokojowej, nie mówiąc już o wyższych temperaturach. Krzywią się na samo wspomnienie o takiej możliwości! Mówią zresztą, że ich piwo jest tak niedobre, że nie można pić go inaczej, bo wtedy za bardzo czuć smak.

Piwo zdolne do spożycia tylko zmrożone!

Głodomory:P

A tak to wygląda na talerzu:P

 Jantar kończy się oczywiście na kanapach przy dźwięku śmiechu i wygłupów…

czwartek, 10 lutego 2011

Życie jak z filmu akcji

Florianopolis, 27.01.2011

Julie miała problemy z kartą kredytową. Wyjechała z domu w listopadzie i praktycznie od tego momentu jej karta nie wypłaca gotówki z bankomatu. Julie i Rachel, które są z coachsurfingu, przyjechały na kilka dni do Florianopolis, aby potem udać się na południe, czyli do Urugwaju, gdzie będą pracować na farmie!!! Tak właśnie, będą uprawiać rośliny, uczyć się zajmować ogródkiem, poznawać sposoby wyrobu sera, jeść zdrową żywność itd. Podobno takie farmy przyciągają wiele zagranicznych osób, które chcą nauczyć się czegoś a z drugiej strony chcą pożyć trochę bliżej natury. To będzie ich 3 farma, wcześniej były na 2 innych w Brazylii, w każdej spędziły po kilka tygodni. Poszłam z Julie kupić kartę do budki telefonicznej, żeby mogła zadzwonić do banku i sprawę wyjaśnić. Niby prosta rzecz, ale zajęła nam około 3 godzin… Kupienie karty na zagraniczne polaczenia było pierwszym wyczynem, a kiedy w końcu udało się chodząc od jednego sklepu do drugiego, problemem stało się jej użycie. Mimo, że instrukcja była po angielsku, nie udawało się połączyć. Popytałyśmy znów kilka osób i pewien pan ochroniarz powiedział, że w tym rejonie, wszystkie telefony nie działają, bo jest jakiś problem z firmą telekomunikacyjną… Udałyśmy się więc do innego rejonu miasta, gdzie miało działać… historia dalej się ciągnie… koniec końców udało się w końcu dodzwonić do banku… ale jak to bywa połączenie z konsultantem cały czas było zajęte… na pocieszenie kupiłyśmy sobie lody, które tutaj nazywają się sorvete, a w Portugalii gelado… 

Myślałam, że to koniec przygód na dziś, ale bardzo się myliłam. Po nas do domu wrócił zasapany Alex, opowiadając jakąś niesamowicie abstrakcyjną przygodę. Mianowicie on, Rachel i Regime udali się na wycieczkę do wodospadu. Postanowili wspiąć się jednak trochę wyżej niż zwykle, wzdłuż strumienia wodospadu. Alex był trochę bardziej z przodu, szedł z opuszczoną głową i nagle gdy ją podniósł zobaczył kolesia celującego do niego z broni!!! Alex szybko się odwrócił i poszedł do reszty, żeby ich ostrzec, co go spotkało! Wszyscy trochę spanikowali i zaczęli uciekać, jednak Reachel pobiegła najdalej w głąb buszu. Tak daleko, że oddaliła się od reszty. Okazało się, że zagrożenia nie ma. Koleś z bronią, miał falsyfikat, a wycelował do Alexa, bo sam spanikował, gdyż myślał, że jest to gliniarz..(co jest zresztą bardzo dziwne , gdyż Alex ma blond długie dredy, jest wysoki i z bardzo jasną karnacją, nie przypomina więc raczej tutejszych policjantów…) „Przestępca” zaczął przepraszać za swoje zachowanie, mówił, że nie chciał nikogo skrzywdzić, tylko myślał, że Alex jest policjantem… Widocznie miał coś na sumieniu i tak się zestresował, że coś sobie uroił. Niestety Rachel zgubiła się. Alex, Regime i inni ludzie, którzy przyszli nad wodospad szukali jej i wołali ale nie mogli znaleźć. Alex przybiegł do domu, żeby pojechać na miejsce zdarzenia samochodem, w razie gdyby Rachel była ranna, jednak Max, jedyny właściciel samochodu, był w pracy… szukaliśmy więc razem sposobu, by skontaktować się albo z Maxem albo z Rafaelem. W końcu ten drugi wrócił z lunchu i zadzwonił do Regime, która wezwała już straż pożarną, sam zadwonił na policję. Udali się z Alexem i policją na miejsce wypadku. Alex miał wskazać w którym kierunku Reachel pobiegła. W końcu po jakiś 2 godzinach udało się ją odnaleźć!!! Reachel spędziła ok. 4 godzin w lesie, ma zadrapania na całym ciele, bo las jest naprawdę gęsty. Zadrapania są raczej niepoważne, ale jednak wygląda to dość nieciekawie… Mówiła, że bardzo bała się o resztę ludzi i bała się, że może spotkać tego faceta z bronią… siedziała spanikowana przez 2 godziny w jednym miejscu, a gdy się ruszyła, napotkawszy ślady ludzi oddalała się od nich, bojąc się, że może to być niebezpieczna osoba… W akcję zaangażowany był helikopter!!! To znaczy, że policja potraktowała sprawę poważnie… Nikomu na szczęście nic się nie stało, ale wszyscy bardzo to przeżyliśmy. Potem rozmawialiśmy na temat przestępczości, nikt się nie spodziewał, że coś takiego może mieć miejsce, ale Brazylijczycy, twierdzą, że to jest po prostu część rzeczywistości ich kraju, trzeba być tego świadomym… Florianopolis wygląda na raczej spokojne miasto, turystyczne i jakoś takie akcje mi nie pasują do jego wizerunku. Nie mogę powiedzieć, żebym się jakoś bardziej bała, ale na pewno dało mi to do myślenia. Historia pouczająca i odsłaniająca drugą, mroczną stronę tego rajskiego kraju...

niedziela, 6 lutego 2011

Kuchnia Polska

Florianopolis, 23.01.2011

Chciałam odłożyć to w czasie, ale ponieważ nie wiadomo, czy ta ekipa ludzi, z którymi się obecnie trzymam długo jeszcze pozostanie w tym samym składzie, więc postanowiłam ugotować coś polskiego. Cały ranek szukałam przepisu i w końcu postanowiłam, że zrobię barszcz, gdyż w Brazylii można kupić całkiem tanio buraki., a żeby tradycji stało się za dość na drugie danie podałam pierogiJ Wybrałam pierogi ruskie, gdyż w gronie obecni są wegetarianie. Gdzieś po około 2 godzinach wychodzenia… w końcu udało się wyruszyć na zakupy. Niestety w sobotę dużo sklepów jest zamkniętych, koleżanka Brazylijka twierdzi, że po prostu ludzie są tu leniwi i że nie chce im się po prostu pracować, że myślą tylko o plaży… nie wiem jak interpretować tą wypowiedź. Ona pochodzi z Rio de Janeiro, więc może jako osoba pochodząca z dużej metropolii nie jest przyzwyczajona do takiej sytuacji. W każdym razie w dużym supermarkecie COMPRE udało mi się kupić prawie wszystkie potrzebne składniki oprócz ostrej papryki (o dziwo nie ma tutaj takiej przyprawy, albo źle szukałam, ale ta sama brazylijska koleżanka też nie zna tej przyprawy!!!). Aby było bardzo polsko kupiłam też ogórki (co prawda kiszone, bo korniszonach raczej nigdzie indziej niż wschód Europy nie zna…). Niestety wódka, która przywiozłam z sobą do Polski, aby poczęstować nowych znajomych w Brazylii, została w zamrażarce, w innym mieszkaniu, w którym wcześniej mieszkałam. Postanowiłam odnaleźć tamto mieszkanie, gdyż pamiętałam, że jest całkiem blisko mojej Republiki. Po około godzinie chodzenia, które było zarazem spacerem rozpoznawczym okolicę, znalazłam blok Karmen. Niestety w domofonie nikt się nie odzywał… Na szczęście okienko otworzył strażnik, tego szczerzonego osiedla, w którym mieści się blok Karmen. Zostawiłam mu mój numer telefonu i poprosiłam, żeby przekazał go Karmen gdy ją zobaczy. Strażnik był bardzo sympatyczny i zapytał się mnie skąd jestem. Niestety nie wiedział gdzie jest Polska… Wytłumaczyłam, że w Europie i na wschód od Niemiec…L


Gotowanie było dość stresujące, po prostu nie bardzo mogłam uwierzyć, że uda mi się smacznie to wszystko ugotować. Jest nas teraz 10 osób w domu, więc nie było to mała kolacyjka! Na szczęście inni przyszli mi z pomocą. Najpierw pomagała mi dziewczyna z USA, która twierdzi, że uczy się dopiero gotować gdzieś od około września. Potem dołączyły się inne osoby. Oczywiście największą zabawą było lepienie pierogów-każdy chciał spróbować. Niestety nie obyło się bez wpadek. Pierogi się skleiły…2 razy w życiu robiłam pierogi i z a każdym razem mi się to przytrafia… Nie wiem jak tego uniknąć. Straciły więc trochę swojej urody ale w smaku wyszły bardzo dobre. Najważniejsze, że udało się mi tutaj kupić coś na kształt naszego twarogu, bo o ten składnik najbardziej się bałam. W każdym razie najdumniejsza  jestem z barszczu, który smakował jak u mamy:P


Kolega z Finlandii Alex, twierdził, że  barszcz też smakował  jak u niego w domu i że to niesamowite, że w Brazylii je domowe danie! Wszystkim bardzo smakowało polskie jedzenie, nie znali tego rodzaju potraw, ale stwierdzili, że to bardzo czasochłonne. Zasmakowały im też pierogi ruskie z jakąś przyprawą japońską, która jest bardzo popularna.

Pomocna dłoń ze stanu Main, Portland z USA


Efekt końcowy!

Każą mi ją przywieść do Polski i rozpowszechnić. Popijaliśmy tą obiado-kolację winem brazylijskim, które mi bardzo smakowało, ale inni twierdzili, że nie jest zbyt dobre. Rzeczywiście miało mało winnego smaku, bardziej był to napój o bardzo winogronowym smaku. Na koniec nauczyłam wszystkich jak powiedzieć: to jest bardzo dobre J


Konsumpcja