Leniuch nr 1 Otavio
Leniuch nr 2 Max
Ja wstałam rano o 10.00, bo umówiłam się z Marcelo, że pójdziemy załatwić mi dobrą wtyczkę do kontaktów i doładujemy mój telefon. Marcelowi bardzo przeszkadzała pogoda, bo znów padało, był nią poirytowany i powiedział, mi że przy takiej pogodzie powinno się cały dzień spędzić przed telewizorem ze swoją dziewczyną a nie spacerować… Udało nam się wszystko załatwić i poszliśmy na śniadanko. Marcelo polecił mi Pao de Queijo (czyli chleb serowy) podobno bardzo popularny. Miało to twardą skórkę a w środku rzeczywiście takie chlebo-serowe… dobreJ Kiedy wróciliśmy do domy Marcelo poszedł spać i spał prawie cały dzień! Miałam wyrzuty sumienia, że go tak wcześnie obudziłam ale sam poprzedniego dnia mnie zapewniał, że lubi wcześniej wstawać, bo można wtedy więcej rzeczy zrobić. Jednak już podczas spaceru w deszczu zmienił zdanie i mówił, że jest bardzo śpiący i głodny i zmęczony… no cóż… może myślał, że jednak żartuję z tym wczesnym wstawaniem:P
Dopiero wieczorem atmosfera w domu się ożywiła! Gdyż piątek to czas na sambę!!!
Gotowi na sambę!
W drodze na sambę popijaliśmy cachacę – coś na kształt wódki, zrobione z trzciny cukrowej. Najbardziej popularny drink w Brazyli to carpirinia, robiona właśnie z tego alkoholu z dodatkiem cukru i cytryny. W końcu dotarliśmy do miejsca, które wyglądało jak zwykły dom rodzinny, tylko, że ten był wypełniony ludźmi, muzyką i trzeba było zapłacić za wstęp...
Alex prezentuje efekt jaki wywołuje cachaca:)
W środku „domu samby”, wzdłuż ściany siedziało około 10ciu grajków, każdy dzierżył inny instrument i grał energiczną sambę. Nie zwlekając zbyt długo puściliśmy się w wir samby, każdy tak jak umiał, głównie tańczy się jednak w parach, wykonuje się małe kroczki i zachowuje bardzo niewielki dystans… no cóż to gorący latynoski taniec.
Za dużo nie można zobaczyć, ale przynajmniej można posłuchać muzyki:)
Podczas samby spotkałam jednego Portugalczyka – okazało się, że gdzie studiuje?? W Coimbrze!!! O Mundo e pequenho!!
Powrót z samboteki był dość trudny… rozdzieliliśmy się na 2 grupy, jedni poszli szybciej i gdzieś zniknęli nam z oczu. My szliśmy w deszczu, raz udało się podjechać autobusem, ale głównie szliśmy – w ulewie!!! Woda płynęła strumieniami, stopy bolały mnie od butów, które już podczas tańca ściągnęłam i tańcowałam na boso…(następnego dnia bałam się, że nie ma któregoś paznokcia …uff na szczęście mam wszystkie). Max- kolega pożyczył mi swoje hawajany(czyli japonki) a sam szedł na boso… dżentelmenJ Podczas naszego marszu, który trwał na pewno ponad godzinę cały czas śpiewaliśmy. Każdy po swojemu, freestyle, głównie śpiewał Max, ale co jakiś czas śpiewem przekazywał pałeczkę mi albo Marcelo. Ja śpiewałam po polsku, więc rymowałam co mi przyszło na język: ta ulica taka szeroka, stopy strasznie bolą mnie, przeleciała nagle sroka, mam różowo we śnie…lala lala…
Jak spod prysznica!
Byłam doszczętnie mokra! Ale najlepsze w tutejszych deszczach jest to, że są ciepłe i nie czuje się zimna. W domu okazało się, że grupa nr 1 udała się taksówką do domu i każdy zapłacił po 9 reali… trochę drogo więc cieszę się, z naszego powrotu…
Tej nocy sen przyszedł szybciej niż się tego spodziewałam…
Jaką moc ma ta cachaca?
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńMa 39% :)
OdpowiedzUsuń