Plan na dziś był aby zwiedzać centrum Florianopolis. Udaliśmy się całą paczką na przystanek autobusowy. Po drodze moi współmieszkańcy spotkali koleżankę, z którą oczywiście też się zapoznałam. W Brazylii zwyczajem jest, że nawet znajomi twojego znajomego zawsze wita się ze wszystkimi, całując w policzek i mówiąc swoje imię. Bilet autobusowy kosztuje tutaj 3 reale...drogo… Podróż nim trwała ok. 20 minut, ale widoki były przepiękne: na ocean, na wzgórza! Myślałam, że rzeczywiście będziemy coś zwiedzać, ale poruszaliśmy się z prędkością żółwia… albo można powiedzieć poruszaliśmy się relaksacyjnie, tak jak tutejsi lubią:P Ale tak naprawdę to w sumie nic konkretnego nie zwiedziliśmy, nawet nie wiem gdzie jest główne centrum… będę musiała zwiedzić po swojemu jak tyko zdobędę mapę!
Od lewej: ja, Carl, Alex, Tata i Marcelo
Manifestacja zamiłowania do piłki nożnej jest często wyrażana przez noszenie koszulek albo breloczków.
Centrum Floripy
Na stoisku bazarowym powstaje Caldo de cana, słodki napój z trzciny cukrowej.
Na tle stoiska z Caldo de cana, napój jest bardzo słodki i bardzo tutaj popularny!
Po powrocie ze „zwiedzania” ok. 15.30 przyjechała do mnie Nara. Pojechałyśmy do ENI – czyli departamentu Fundaco CERIT, gdzie będę pracować.
Spotkanie z panią koordynator trwało ok. 2 godzin. Pani która będzie moim przełożonym była bardzo miła i cały czas się uśmiechała. Zrobiła prezentację na temat firmy, która jest inkubatorem przedsiębiorczości i pomaga innowacyjnym firmą zinternacjonalizować się. Ma w swoim dorobku wiele sukcesów. Będę pracować z 3 innymi praktykantami. Ciekawie było gdy doszłyśmy do omawiania spraw technicznych. Okazało się, że autobus nie dojeżdża do samej firmy tylko muszę dojść kawałek do takiego znaku, z obrazkiem prezentujący dłoń z kciukiem podniesionym do góry. Mam koło niego stanąć i podnieść kciuk do góry i łapać stopa, co po portugalsku nazywa się carona. Na początku zaproponowano mi pracę od 8.00 do 12.00 i od 14.00 do 16.00, czyli w środku dnia 2 godziny przerwy na lunch…- skrzywiłam się bo po co mi 2 godziny przerwy… szczególnie, że firma jest daleko od mojego domu więc nie mogłabym nawet wrócić. W każdym razie Beatris – szefowa, ulitowała się i w końcu ustaliłyśmy, że będę pracować od 10.00 do 17.00 tylko z 1h przerwy na lunch. Powiedziała, że przecież muszę korzystać z plaży i z pobytu w Brazylii więc tak będzie lepiej – wyrozumiała, prawda?
Przez to, że jestem jak na razie wożona wszędzie albo samochodem, albo nawet autobusem ale w towarzystwie innej osoby, mam problemy z samodzielnym poruszaniem się po okolicy… Postanowiłam więc wyjść sama z domy do sklepu w celu zakupienia wtyczek do urządzeń elektrycznych, gdyż moje nie bardzo pasują do tutejszych. Brazylijskie wtyczki w ogóle wyglądają na dość nieregularne, niektóre wyglądają tak jak angielskie, inne prawie jak polskie ale z węższymi otworami. Niestety moje poszukiwania zakończyły się o 19.00, gdyż wszystkie sklepy, które mogły się okazać dla mnie pomocne zostały zamknięte. W tej sytuacji udałam się do supermarketu. Po wstępnych oględzinach mogę stwierdzić, że ceny wyglądają całkiem podobnie tak jak w Polsce, jeśli zapomni się o fakcie, że 1 real brazylijski to 1,75 zł. Moim nabytkiem stała się papaja! Trzeba korzystać z tych egzotycznych owoców, które tu są i są takie dobre. ..mniam maniam…
Wieczorkiem poszliśmy ze znajomymi z domu na piwko do pobliskiego baru, przyjemnie było, ale najciekawsze miało miejsce gdy wróciliśmy do domu. Wszyscy znużeni rozłożyli się na kanapach i materacu, który jest rozłożony w dużym pokoju. Każdy chwycił do ręki instrument i grał po swojemu – czy już wspominałam, że Republika jest domem bardzo muzykalnym? Była gitara, pandeiro(tamburyn z bębenkiem), muringa(czyli wazon z dwoma otworami), flet i dwa inne prawdopodobnie peruwiańskie instrumenty. Muzyka wychodziła bardzo ciekawie, taka od niechcenia ale jednak z sercem!
Marcelo prezentuje Muringa.









To musiało być bardzo przyjemne jam session, tylko pozazdrościć.
OdpowiedzUsuńależ wrażeń! będę Cię tu śledzić i szukać tanich biletów do Ciebie ;) albo pomyślę o tym co mówi Marek Leander - twierdzi, że nawet w takie miejsca można dotrzeć stopem :P
OdpowiedzUsuńUla przylatuj:)
OdpowiedzUsuń