Łączna liczba wyświetleń

sobota, 29 stycznia 2011

O noite de samba!!!

Deszczowy dzień wyssał ze wszystkich energię. Brazylijczycy cały dzień prawie spali albo leniuchowali. Mają wakacje więc w sumie niech odpoczywają… W sumie zauważyłam, że to jedno z ich ulubionych zajęć!

Leniuch nr 1 Otavio

Leniuch nr 2 Max

Ja wstałam rano o 10.00, bo umówiłam się z Marcelo, że pójdziemy załatwić mi dobrą wtyczkę do kontaktów i doładujemy mój telefon. Marcelowi bardzo przeszkadzała pogoda, bo znów padało, był nią poirytowany i powiedział, mi że przy takiej pogodzie powinno się cały dzień spędzić przed telewizorem ze swoją dziewczyną a nie spacerować… Udało nam się wszystko załatwić i poszliśmy na śniadanko. Marcelo polecił mi Pao de Queijo (czyli chleb serowy) podobno bardzo popularny. Miało to twardą skórkę a w środku rzeczywiście takie chlebo-serowe… dobreJ Kiedy wróciliśmy do domy Marcelo poszedł spać i spał prawie cały dzień! Miałam wyrzuty sumienia, że go tak wcześnie obudziłam ale sam poprzedniego dnia mnie zapewniał, że lubi wcześniej wstawać, bo można wtedy więcej rzeczy zrobić. Jednak już podczas spaceru w deszczu zmienił zdanie i mówił, że jest bardzo śpiący  i głodny i zmęczony… no cóż… może myślał, że jednak żartuję z tym wczesnym wstawaniem:P
Dopiero wieczorem atmosfera w domu się ożywiła! Gdyż piątek to czas na sambę!!! 

Gotowi na sambę!

W drodze na sambę popijaliśmy cachacę – coś na kształt wódki, zrobione z trzciny cukrowej. Najbardziej popularny drink w Brazyli to carpirinia, robiona właśnie z tego alkoholu z dodatkiem cukru i cytryny. W końcu dotarliśmy do miejsca, które wyglądało jak zwykły dom rodzinny, tylko, że ten był wypełniony ludźmi, muzyką i trzeba było zapłacić za wstęp...
Alex prezentuje efekt jaki wywołuje cachaca:)

 W środku „domu samby”, wzdłuż ściany siedziało około 10ciu grajków, każdy dzierżył inny instrument i grał energiczną sambę. Nie zwlekając zbyt długo puściliśmy się w wir samby, każdy tak jak umiał, głównie tańczy się jednak w parach, wykonuje się małe kroczki i zachowuje bardzo niewielki dystans… no cóż to gorący latynoski taniec.



Za dużo nie można zobaczyć, ale przynajmniej można posłuchać muzyki:)

Podczas samby spotkałam jednego Portugalczyka – okazało się, że gdzie studiuje?? W Coimbrze!!! O Mundo e pequenho!!
Powrót z samboteki był dość trudny… rozdzieliliśmy się na 2 grupy, jedni poszli szybciej i gdzieś zniknęli nam z oczu. My szliśmy w deszczu, raz udało się podjechać autobusem, ale głównie szliśmy – w ulewie!!! Woda płynęła strumieniami, stopy bolały mnie od butów, które już podczas tańca ściągnęłam i tańcowałam na boso…(następnego dnia bałam się, że nie ma któregoś paznokcia …uff na szczęście mam wszystkie). Max- kolega pożyczył mi swoje hawajany(czyli japonki) a sam szedł na boso… dżentelmenJ Podczas naszego marszu, który trwał na pewno ponad godzinę cały czas śpiewaliśmy. Każdy po swojemu, freestyle, głównie śpiewał Max, ale co jakiś czas śpiewem przekazywał pałeczkę mi albo Marcelo. Ja śpiewałam po polsku, więc rymowałam co mi przyszło na język: ta ulica taka szeroka, stopy strasznie bolą mnie, przeleciała nagle sroka, mam różowo we śnie…lala lala…

Jak spod prysznica!

Byłam doszczętnie mokra! Ale najlepsze w tutejszych deszczach jest to, że są ciepłe i nie czuje się zimna. W domu okazało się, że grupa nr 1 udała się taksówką do domu i każdy zapłacił po 9 reali… trochę drogo więc cieszę się, z naszego powrotu…
Tej nocy sen przyszedł szybciej niż się tego spodziewałam…

środa, 26 stycznia 2011

Wodospad i plaża

Czwartek to był naprawdę niesamowity dzień, w którym zobaczyłam wiele pięknych zjawisk natury. Udaliśmy się nad wodospad. Miejsce podobno niedawno odkryte przez Maxa. Pojechaliśmy autem w 7 osób, 4 na tylnim siedzeniu, jedna w bagażniku i 2 grzecznie z przodu.. Mam już doświadczenie w takich podróżach, ale zawsze mam wrażenie,  że przechodnie dziwnie przyglądają się takiemu załadowanemu pojazdowi. Samochód dowiózł nas tylko do pewnego momentu. Potem szliśmy piechotą przez naprawdę dziką dżunglę! Ziemia jest tutaj taka czerwona, ogromne liście…


Wodospad okazał się jednak nie taki dziki. Na miejscu była spora grupa, prawie samych chłopaków, którzy urządzali sobie skoki do basenu wodospadu z otaczających go skałek – niebezpieczne, ale patrząc ile to radości przynosi, aż samemu się chce spróbować. Popływaliśmy trochę, niektórzy z naszej grupy też się odważyli…ja wciąż się bałam, ale w końcu skoczyłam z nie za wysokiej skałki i byłam bardzo z siebie dumna!


Skoczowie przygotwywujący się mentalnie do skoku!

Drugim punktem programu była plaża! Kilka osób się wykruszło i musieliśmy jechać autobusem, który jechał strasznie szybko! Brazylijczycy sami mówili, że kierowcy autobusów są tutaj czasami szeleni, bo rzeczywiście szarpał strasznie…Musieliśmy jechać 2ma autobusami, ale na szczęscie nie musieliśmy 2 razy kupować biletów, bo zmienialiśmy autobusy na stacji przesidkowej. Około 1 km musieliśmy jeszcze maszerować i nagle ukazały się…wielkie, niesamowite – WYDMY!!!


Za nimi rozciągały się pola na których stały jakby małe wyderki, porośnięte trochę trwą. Pochmurne niebo nadwało, naprawdę klimatyczną atmosferę. Uprawia się tutaj zjazdy na desce po wydmach – sanddesk, wiele osób zjeżdżało – wyglądało jak dobra rozrywka. Z braku odpowiedniego zaopatrzenia postanowiłam się poturlać z wydmy…warto było, nawet jeśli potem byłam cała w piachu:P Zresztą blisko już było do oceanu. Kąpiel w nim była cudowna. Na początku strasznie bałam się fal, bo w Portugalii byłam na jednej plaży gdzie fale potrakowały mnie jak mała rybkę, podtopiły, uderzyłam też głową o piach i  fale wyrzuciły na brzeg - były okropieni silne. Tutejsze fale wyglądały równie niebezpieczne, ale jednak nie miały tyle mocy. Z łatwością można było obrzeć się im. Woda cieplutka. Zabawa z falami wspaniała! Na brzegu pograliśmy trochę w capoeirę, bo okazło się, że większość ma coś z nią do czynienia.

Capoeiristas

W drodze powrotnej spotkała nas ulewa, ale zaczynam się już do tego przyzwyczajać, że może tu człowieka mocno zmoczyć, gorzej, że rzeczy nie bardzo schną z powodu wilgoci i braku słońca od kilku dni... I gdzie te upały!!! 

wtorek, 25 stycznia 2011

Dzień wypełniony po brzegi

To był bardzo długi dzień. Rozpoczął się o 7.00 rano, gdy dziewczyna, w której pokoju mieszkam przyszła aby się spakować na wycieczkę. Wcześniej była u rodziców i nie miałam okazji jej poznać. Przebudziłam się tylko trochę i szybko zapadłam w sen ponownie, ale zdążyłam poczuć, że przykrywa mnie dodatkowym kocem. Później mi powiedziała, że byłam bardzo skulona. Okazuje się, że ludzie zazwyczaj śpią na prześcieradle ale bez przykrycia! Ja użyłam mojego prześcieradła jako kołdry i jeszcze było mi zimno… Około 10.00 słyszałam, że co chwilkę ktoś wchodzi i wychodzi do pokoju, który jest zresztą usytuowany zaraz koło dużego pokoju. Słyszałam głosy dochodzące stamtąd, dużo głosów, potem granie na gitarze i na bębnach! Bardzo się starałam spać dalej, ale tego było już za wiele i wstałam. Wiem, że spałam dość długo ale wciąż czułam się zmęczona, to pewnie skutki długiej podróży. Zanim zdążyłam się ubrać, Betina, znów wkroczyła do pokoju i od razu przedstawiła mnie kilku osobom. Okazało się, że do domu w którym mieszkam przyjechali znajomi Betiny i razem z nią, zaraz wyjeżdżają n a wycieczkę do Minas Gerais. Jest to jeden z 26 stanów Brazylii, położony w środkowowschodniej części kraju . Poza tym, do domu, w którym mieszkam przyjechało 2 nowych lokatorów z coachsurfingu, jeden chłopak z Anglii – Carl i jeden z Finlandii – Alex. Zostaną z nami kilka dni.

Plan na dziś był aby zwiedzać centrum Florianopolis. Udaliśmy się całą paczką na przystanek autobusowy. Po drodze moi współmieszkańcy spotkali koleżankę, z którą oczywiście też się zapoznałam. W Brazylii zwyczajem jest, że nawet znajomi twojego znajomego zawsze wita się ze wszystkimi, całując w policzek i mówiąc swoje imię. Bilet autobusowy kosztuje tutaj 3 reale...drogo… Podróż nim trwała ok. 20 minut, ale widoki były przepiękne: na ocean, na wzgórza! Myślałam, że rzeczywiście będziemy coś zwiedzać, ale poruszaliśmy się z prędkością żółwia… albo można powiedzieć poruszaliśmy się relaksacyjnie, tak jak tutejsi lubią:P Ale tak naprawdę to w sumie nic konkretnego nie zwiedziliśmy, nawet nie wiem gdzie jest główne centrum… będę musiała zwiedzić po swojemu jak tyko zdobędę mapę!

Od lewej: ja, Carl, Alex, Tata i Marcelo

Manifestacja zamiłowania do piłki nożnej jest często wyrażana przez noszenie koszulek albo breloczków.

Centrum Floripy

Na stoisku bazarowym powstaje Caldo de cana, słodki napój z trzciny cukrowej.

Na tle stoiska z Caldo de cana, napój jest bardzo słodki i bardzo tutaj popularny!


Po powrocie ze „zwiedzania” ok. 15.30 przyjechała do mnie Nara. Pojechałyśmy do ENI – czyli departamentu Fundaco CERIT, gdzie będę pracować.

Spotkanie z panią koordynator trwało ok. 2 godzin. Pani która będzie moim przełożonym była bardzo miła i cały czas się uśmiechała. Zrobiła prezentację na temat firmy, która jest inkubatorem przedsiębiorczości i pomaga innowacyjnym firmą zinternacjonalizować się. Ma w swoim dorobku wiele sukcesów. Będę pracować z 3 innymi praktykantami. Ciekawie było gdy doszłyśmy do omawiania spraw technicznych. Okazało się, że autobus nie dojeżdża do samej firmy tylko muszę dojść kawałek do takiego znaku, z obrazkiem prezentujący dłoń z kciukiem podniesionym do góry. Mam koło niego stanąć i podnieść kciuk do góry i łapać stopa, co po portugalsku nazywa się carona. Na początku zaproponowano mi pracę od 8.00 do 12.00 i od 14.00 do 16.00, czyli w środku dnia 2 godziny przerwy na lunch…- skrzywiłam się bo po co mi 2 godziny przerwy… szczególnie, że firma jest daleko od mojego domu więc nie mogłabym nawet wrócić. W każdym razie Beatris – szefowa, ulitowała się i w końcu ustaliłyśmy, że będę pracować od 10.00 do 17.00 tylko z 1h przerwy na lunch. Powiedziała, że przecież muszę korzystać z plaży i z pobytu w Brazylii więc tak będzie lepiej – wyrozumiała, prawda?

Przez to, że jestem jak na razie wożona wszędzie albo samochodem, albo nawet autobusem ale w towarzystwie innej osoby, mam problemy z samodzielnym poruszaniem się po okolicy… Postanowiłam więc wyjść sama z domy do sklepu w celu zakupienia wtyczek do urządzeń elektrycznych, gdyż moje nie bardzo pasują do tutejszych. Brazylijskie wtyczki w ogóle wyglądają na dość nieregularne, niektóre wyglądają tak jak angielskie, inne prawie jak polskie ale z węższymi otworami. Niestety moje poszukiwania zakończyły się o 19.00, gdyż wszystkie sklepy, które mogły się okazać dla mnie pomocne zostały zamknięte. W tej sytuacji udałam się do supermarketu. Po wstępnych oględzinach mogę stwierdzić, że ceny wyglądają całkiem podobnie tak jak w Polsce, jeśli zapomni się o fakcie, że 1 real brazylijski to 1,75 zł. Moim nabytkiem stała się papaja! Trzeba korzystać z tych egzotycznych owoców, które tu są i są takie dobre. ..mniam maniam…

Wieczorkiem poszliśmy ze znajomymi z domu na piwko do pobliskiego baru, przyjemnie było, ale najciekawsze miało miejsce gdy wróciliśmy do domu. Wszyscy znużeni rozłożyli się na kanapach i materacu, który jest rozłożony w dużym pokoju. Każdy chwycił do ręki instrument i grał po swojemu – czy już wspominałam, że Republika jest domem bardzo muzykalnym? Była gitara, pandeiro(tamburyn z bębenkiem), muringa(czyli wazon z dwoma otworami), flet i dwa inne prawdopodobnie peruwiańskie instrumenty. Muzyka wychodziła bardzo ciekawie, taka od niechcenia ale jednak z sercem!
Marcelo prezentuje Muringa.

Ja i (chyba) peruwiańskie instrumenty, zna je ktoś może?

Pandeiro





piątek, 21 stycznia 2011

Pierwsze chwile, pierwsze wydarzenia...


Zawsze na poczatku wyjazdow tak jest, ze tyle sie dzieje, ze nie wiadomo co opisywac i jak szczegolowo. Tak i jest w tym przypadku, minuta za minuta leci a wrazen tylke, ze mozna by opisac kilka linijek. Najwazniejsze, ze jestem juz tu, we Florianopolis i jest tak jak na obrazkach, cieplo tak jak przewidywano, a ludzie sa mili tak jak myslalam:) Dzis okolo poludnia spotkalam sie z Nara, ktora jest koorydnatorka od wymian korporacyjnych (Diretora de Intercâmbios Corporativos). Pokazala mi nowy dom, w ktorym bede mieszkac...w atmosferze czuc tam cos takiego jak w Republika, w ktorej mieszkalam w Portugalii, choc tylko 4 osoby tam mieszkaja, chlopak, ktory mnie oprowadzal, mowil cos o wielu imprezach, o tym, ze lubia grac na instrumentach i ogolenie porzadek wskazywal na dosc luzne podejscie do zycia. Do wyboru mialam jeszcze mieszkanie z rodzina...jesli tu mi sie nie spodoba to bede moga zmienic. Potem z Nara poszlysmy do mieszkania prezydenta AIESEC, ktrory jeszcze spal, albo znow spal. Nara wytlumaczyla mi na czym polega projekt, w ktrorym bede pracowac i jaki jest jego cel. Tlumaczyla mi wszystko po portugalsku! Tylko dopytywalam po angielsku, wiec czuje, ze sie tu duzo naucze!!! Potem pojechalysmy do duzej galerii, gdzie wymienilam moje dolary na brazylijskie reale i zakupilam brazylijsku numer telefonu (10 reali plus dodatkowo musze zaplacic 10,20 lub 30 reali w zaleznosci od taryfy jaka chce miec). Lody kosztuja 3 reale za galke... Teraz czytam dokumentacje, ktora musze znac do pracy. Wieczorem Nara pomoze mi przewiezc rzeczy a potem jest impreza, na ktorej mam nadzieje poznac reszte paktykantow.

Impreza jednak się nie odbyła i dalej nie znam innych praktykantów...na pewno kiedyś ich tu spotkam. Dom, w którym mieszkam, rzeczywiście jest republiką, nie ma tutaj żadnych sztywnych zasad jak w republikach w Portugalii. Posiłki często jada się razem, ale tylko dlatego, że ktoś czasem coś ugotuje i wtedy zazwyczaj dzieli się z innymi. Nie wiem kto odpowiada za porządek... chyba nikt...Jedyną zasadą jaką poznałam jest zmywanie naczyń: każdy zmywa po sobie, zresztą jest to raczej oczywista sprawa... Dom jest dość duży ma 5 sypialni, 2 łazienki, kuchnię i duży pokój z kominkiem, który grzeje dom w zimie. Za domem jest niewielki ogródek, w którym odbywają się grille, za ogródkiem płynie rzeczka, która bardzo hałasuje i szum słychać bardzo wyraźnie w domu. Natura otacza ten dom, szczególnie z rana, ale też w ciągu dnia słychać świergot ptaków. Mamy tutaj też psa, ale nie jest łasy na ludzkie jedzenie...zazwyczaj nie ma go w domu, bo gdzieś sobie hasa.  Ludzie w Republice są bardzo otwarci i chętni do goszczenia różnych osób. Od niedawna przyjmują osoby z coach-surfingu w swoim domu, oprowadzają ich i spędzają czas razem z nimi. Ze stałych mieszkańców w domu są obecni Refael i Max, mieszkają tutaj jeszcze 2 dziewczyny ale nie ma ich obecnie, bo są na letnich wakacjach. W Brazylii semestr na uniwersytetach zaczyna się w marcu, czyli po karnawale. Dlatego obecnie nie ma w mieście dużo studentów. Dodatkowo mieszka tutaj gościnnie dwóch chłopaków z Sao Paulo, którzy przyjechali tutaj na wakacje, są to znajomi stałych mieszkańców. Mieszka tu też jedna dziewczyna, która też odbywa praktykę we Florianopolis(ale nie z AIESEC) i zostanie chyba gdzieś do lutego.Wszyscy też bardzo dobrze mówią po angielsku, ale chętnie pomagają mi w nauce portugalskiego:)

wtorek, 18 stycznia 2011

W drodze z Sao Paulo do Florainopolis

Wszystkie zdjecia zostaly zrobione przez okno autokaru.
Zdjecia pokazuja zmieniajacy sie krajobraz Brazylii.
W koncu poczylam cieplo. Jest przerwa w podrozy autokarem. Zatrzymalismy sie na parkingu. Juz od jakiegos czasu slonce sie pojawilo, ale dopiero gdy wyszlam na zewnatrz poczulam jego sile grzewcza!! Kilka minut na sloncu i musialam sie schowac, bo moj stroj nie byl dobry na 30 stopni (nawet w cieniu). W Sao Paulo pogoda wcale nie przypominala letniej (jak na brazylijska), byla raczej doszczowa aura, szaro i chlodnawo,moze ok. 20 stopni, ale ciesze sie, bo zmagania z moim bagazem i tak wymagaly ode mnie kilka kropelek potu. Musze przyznac, ze cala podroz przebiegla wyjatkowo zwinnie i niepotrzebnie sie stresowalam...Lot z Wroclawia do Monachium byl w dosc malym samolocie Lufthansy, w porownaniu do samlotow Ryanaira, byl tez prawie pusty i odnioslam wrazenie, ze wspolpasazerowie to glownie biznesmeni, panowie w garniturach, czytajacy Managera. Mimo, ze lot trawal tylko ok 1,5 dostalismy przekaske w formie 2 plauszkow-cisteczek + 2 kawalki miesa + salatka. Po przylocie do Monachium wlasciwie od razu rozpoczal sie boarding na moj nastepny lot, wiec popedzilam i gdy dotarlam to musialam stanac w chyba kilometrowej kolejce! Liczba ludzi w niej stojacych moga dac mi do myslenia odnoscie wielkosci samolotu, ale jakos nie pomyslalam o tym, dlatego tak duze wrazenie wywarla na mnie wielkosc samolotu do ktorego sie dostalam. Mial on podzial na klase biznesowa i ekonomiczna. W rzedzie bylo 8 siedzen, 2 przy oknie, przejscie,4 siedzenia, przejscie i 2 siedzenia przy oknie. Mialam bardzo fajne miejsce bo wlasnie przy oknie. Mialo to te zalete, ze kiedy zblizalismy sie do ladowania ujrzalam miasto,ktorego zabudowa ciagnela sie po horyzont! 20 milonow miewszkancow Sao Paulo musi, przeciez gdzies mieszkac. Wsrod niskiej zabudowy, rosna tam rozrzucone jak grzyby gigantyczne wierzowce. Tworzy to ciekawy kontrast. Kto nie podrozowal miedzykontynentalnym samolotem, pewnie nie wie, ze sa w nim male telefizorki na tynej stronie dziedzen. Maja ok.20 kanalow, ktore caly czas nadaja te same filmy albo wiadomosci. Kazdy dostal zapakowane w woreczki sluchawki z gabkowymi nakryciami do samodzielnego zalozenia. Niestety nawet po zalozeniu sluchawek wciaz slyszy sie glosny warkot silnika i nawet podglasnianie niewiele daje. Moim ulubionym programem stal sie wiec ten, ktory pokazywal polozenie geograficzne samoltu i dzwiek nie byl potrzebny:) Dostalismy 2 posilki i na bierzaco byly napoje, jakie tylko sie chcialo. Po przylocie pokirowaano nas do kolejki dla osob obywatelstwa niebrazylijskiego. Musze powiedziec, ze bardzo sie stresowalam, bo kazdy musi wypelnic dekaracje, w ktorej trzeba zazanczyc, czy wwozi sie produkty niepozadane w Brazylii i okazalo sie, ze jak to robie. Mianowicie posiadalam jedzenie, dodatkowo pordkuty pochodzenia zwierzecego!! Zaznaczylam wszystko zogodnie z prawda. Pan, ktory sprawdzal moj pszport byl zdziwiony, ze nie ma tam innych pieczatek z Brazylii i zyczl mi udanego pobytu we Florianopolis, usmiechajac sie szeroko, nie wiedzac, ze w moim zoladku wszystko sie przekreca ze stresu. Nastepnie poszlam odszukac moje bagaze, ktorych nigdzie nie bylo, wiec zagadnelam jakiegos pracownika lotniska. On sie zaaferowal, spytal sie jak mam na imie i gdzie szybko poszedl wiec ja za nim, przeszlismy do jakiego pomieszczenia i tam byla moja wieka czerwona waliza. Spytalam co ona tutaj robi, a pan powiedzial, ze tutaj sa torby ktore maja leciec do Rio de Janeiro...zrozumialam, ze gdybym przysza chwile pozniej walizka mogalby odleciec. Druga torba nie byla w takim zagrozeniu i lezala spkojenie w innej kupce. Pan znazl mi jeszcze wozek na torby, polozyl je na wozek i dopchnal do jakiegos przejscie, gdzie kazal mi isc dalej. Patrze a tam stoi pan, ktory zbiera te deklaracje, co sie wwozi wiec sie przerazilam, dodatkowo na kartce byl napis, ze jesli cos zaznaczylo sie YES(jak ja) to trzeba isc do miejsca Goods do declare a ja bylam w miesjcu gdzie widnal napis Nothing to declare. Podeszlam do Pana i wreczylam mu kartke, myslac, ze on karze mi sie zawrocic, a on sie usmiechnal i nawet nie popatrzyl na kartke! Ale to jeszcze nie koniec, nastpnie musialam polozyc wszystkie moje rzeczy na tasme i zostaly przeskanowane. Nikt mi jednak nic nie powiedzial, wiec czym predzej sie zwinelam i poszlam sobie. Uff... Wychodzac naptkalam mnostwo osob czekajacych na tych, ktorzy przylatuja, trzymajacych kartki z imionami. Udalam sie predko na lawke gdzie sie przpakowalam i zaczelam sie rozgladac za kantorem. Jednak zamiast niego spotkalam usmiechnietego pana, ktory mial na kolczulce w 3 jezykach: W czym moge pomoc? Powidzialam mu, ze musze wymienic dolary na reale i ze chce sie dostac do dworca autobusowego. On powiedzial: No problem i kazal isc za nim. Rozmawial lamana angielszczyzna co chwile dorzucajac kilka zdan po portugalsku. Najdziwiejsze bylo, ze doszlismy do kasy biletowej, a na moje spostrzerzenie, ze nie mam realow, powiedzial No problem i wymienil mi dolary na reale z pieniedzy ktore mial w portfelu...Nie wiem,czy zamienil mi je po najlepszym kursie, ale szybko poszlo. Niestety okazalo, ze Pan w kasie sprzedal mi bilet na autobus, ktory juz odjechal, wiec Pan Pomocnik musial wymianiac mi bilet. Na dowidzenia powiedzal: tip, tip... co znaczy napiwek...:) Autobusem dojechalam na dworzec autobusowy. Musialam troche popytac, potem jakas pani, brazylijka sama mnie zagadnela, bo przylecala z Zurychu a ja tez wygladalam na podrozujaca z jakiego zimniejszego kraju, a ona podobno lubi takie kraje. Pomogla mi znalesc kase, w ktorej kupilam bilet do Florianopolis. Podroz w autokarze byla dluga, ale widoki byly przepikene!!! Szczegolnie roslinnosc, ale tez miasta przydorzne, plantacje, wzgorza, przydrozne targowiska z bananami, pracownikow, ktorzy robili cos z czerwona ziemia, widzialam tez 2 wypadki samochodowe i robotnikow naprawiajacych jezdnie. Od okolo 15 zrobilo sie bardzo slonecznie i nie przestalo tak byc az do mniej wiecej 19. Dojechalam do Florianoplis o 22.00. Odebraly mnie 3 dziwczyny samochodem. Dostalam propzycje pojscia na impreze, wiec sie zgodzilam. Dostalam chwile na przebranie sie i skonsumowanie kanapki. W klubie poznalam wiele osob z komitetu AIESEC Florianopolis i nie moglam znow uwierzyc, ze swiat jest taki maly!!!